Znalazłem ten artykuł na portalu http://welovepolishjazz.blogspot.com/search?updated-max=2012-10-05T11:06:00%2B02:00&max-results=50&reverse-paginate=true.
Wykopane w sieci... komentarz Pana Krzysztofa Gregorczyka traktujący o serii Polish Jazz ogólnie, znaleziony na portalu Diapazon.
Nie oceniam 50 lat historii jazzu. Oceniam jedynie kryteria doboru repertuaru do serii Polish Jazz. Sam Pan przyzna, że nawet powierzchowna analiza serii pozwala na wysnucie w zasadzie jednego wniosku, i tu się z Panem całkowicie zgadzam, że o doborze repertuaru decydowały względy pozamuzyczne, właśnie te "dojścia" i "układy" . Wydawano artystów, którzy nie przetrwali próby czasu (że wyrażę się tak eufemistycznie), a nawet w chwili wydania nie należeli do szczególnie wybitnych. Niezwykle rzadko zdarzało się wydawcom dostrzec istotne zjawiska. Chociaż były wyjątki. Wspomniany Paradox, Spisek Sześciu, Laboratorium, Extra Ball, Sun Ship, Young Power, których zazwyczaj debiutanckie , a czasem jedyne, płyty jednak w serii ukazywały się i to w miarę na czasie. Niemniej, gdyby zastąpić niczym, moim zdaniem, nieuzasadnioną nadprodukcję jazzu tradycyjnego w serii być może znalazłoby się w niej wcześniej miejsce dla Janusza Muniaka (nie dopiero w 1978 r.-nr 54) dla Wojciecha Karolaka (zaistniał jedynie jako co-leader na Mainstream (nr 40) i dla wielu artystów nieobecnych, a istotnych dla kondycji jazzu w Polsce. Kilka nazwisk już wcześniej wymieniłem: Helmut Nadolski - wydawał płyty w Niemczech, w kraju jedynie "Meditation" z Niemenem dla Veritonu i "Ostatnia wieczerza" dla Alma Art, A.Przybielski jedna, jedyna płyta dla Alma Art -do dziś zresztą nie należy do ulubieńców firm wydawniczych, Leszek Żądło -jedna płyta dla Klubu PSJ natomiast wiele w Austrii, dla Krzysztofa Knittla i Andrzeja Bieżana- znów nieoceniony Alma Art. Niestety wydający swe płyty w nakładzie jedynie 1000 szt. Możemy przyjąć, że z jakichś względów w/w muzycy reprezentujący raczej nurt free byli w serii niemile widziani, że starano się wydawać muzykę jazzową bliższą środka, ale dlaczego w takim razie nie znalazło się miejsce dla Sławomira Kulpowicza i The Quartet, dla Tomasza Szukalskiego, dla przecież bardzo swego czasu popularnych wrocławskich formacjii Crash lub Teddy Bear. Na szczęście dla polskiej fonografii jazzowej pojawił się Klub Płytowy PSJ. Proszę wyobrazić sobie dokumentację jazzu w Polsce w latach 70 i 80 gdyby nie istniał Poljazz. Co ostałoby się w serii Polish Jazz? Dla przykładu: w latach 80 -21 tytułów w tym 8 jazzu tradycyjnego, 3 umownie nazwijmy fusion, reszta to środek jazzu -aż (?) 9 w tym po jednej (tylko!) T.Stańko i Z. Namysłowskiego. Mizernie.
Dlaczego zatem nie stworzono z serii w latach 80 czegoś na kształt Panteonu Sławy w którym wydawano by rzeczywiście najwybitniejsze pozycje naszego jazzu. Reszta, ta umownie mniej wybitna, mogła by sobie wydawać w normalnym trybie w Muzie czy Poljazzie.
Moim zdaniem niesłusznie usiłujemy gloryfikować serię Polish Jazz, która jeśli w zamyśle miała być ekskluzywną serią, będącą nobilitacją dla artysty, to na pewno nią nie była. Była przypadkowym workiem z napisem Polish Jazz do którego wrzucano nagrania zupełnie bez idei. I nie można tłumaczyć wszystkiego niechęcią władz do jazzu, zapisami cenzury na nazwisko itp. Mówimy przecież o latach 60-80, nie o okresie katakumbowym. Istniało nie tylko Jazz Jamboree ze swoją niepowtarzalną, a teraz już nie do powtórzenia, wspaniałą atmosferą „Święta Jazzu” ale istniały też inne festiwale w nienajgorszej jak na tamte lata kondycji, a organizowane przecież również w znaczącej części (a zwykle wyłącznie) za tzw. „państwowe” pieniądze. Muzycy których nie wydawano w serii Polish Jazz na tych festiwalach grywali. Jazzu w państwowym Polskim Radio było powiedziałbym nawet, że więcej niż obecnie, a pamięta Pan zapewne Trzy Kwadranse Jazzu (trwające czasem prawie godzinę) w pr. III codziennie i to o godz. 21 (lub najdalej 22)!!!
Można oczywiście odwrócić sytuację i założyć, że nie można krytykować planów wydawniczych wydawców z Polskich Nagrań , że należy być im wdzięcznym za wydawanie jakiegokolwiek jazzu nawet w, co jeszcze raz podkreślę, moim zdaniem sztucznej etykiecie jaką jest seria Polish Jazz. Ale czy o to chodzi?
Od lat panuje w polskiej prasie muzycznej megalomańskie wykuwanie terminu Polish Jazz jako określenia niemalże nurtu w jazzie, jako potwierdzenie naszego wkładu do jazzu światowego, mającego świadczyć o naszej niezwykłości w jazzowym świecie. Proszę zauważyć, że nie używa się terminu „Italian Jazz” mimo, że Włosi „wprowadzili” do słynnej Encyklopedii Leonarda Feathera kilka razy więcej nazwisk niż my. Nikt nie używa terminu „Czech Jazz” mimo iż sław jazzu światowego Czesi, naród znacznie od nas znacznie mniej liczny, mają jeśli nie więcej, to na pewno nie mniej od nas: Jan Hammer, Jiři (George) Mraz, Emil Viklický, Miroslav Vitouš . Natomiast można spotkać termin „Scandinavian Jazz” mimo iż nikt ze skandynawów nie zagrał na Tutu Milesa Davisa. Używa się go dla podkreślenia zasług licznych muzyków jazzowych z tej części Europy i pewnej odrębności stylistycznej. Z tym zresztą w ostatnich latach jest już problem, bo jak można jedną etykietkę przylepić do muzyki Freda Lonberg-Holma, Bugge Wesseltofta, Jana Garbarka albo Eero Koivistoinena.
Oczywiście jazz z Polski bywa, nie zawsze jest, ale właśnie bywa charakterystyczny (słowiańska dusza) i rozpoznawalny, ale to samo możemy powiedzieć o jazzie z Turcji (mam nadzieję, że prof. Fish się ze mną zgodzi), z Rumunii, z Węgier lub z Holandii. Rzecz w jakości, a nie w sztucznym tworzeniu etykiet. Nawet tak podbudowujących nasze jazzowe ego jak „Polish Jazz”. Pozdrawiam serdecznie.