SYRENA Record - MEWA - FOGG Records - GONG - ODEON

Jak zniszczono niezależny polski przemysł muzyczny. Historia prawdziwa.

Tym razem będzie nie o winylach, tylko o szelakach. I choć akcja tej historii rozgrywała się zaraz po II Wojnie Światowej, w czasach wielkiego optymizmu i odbudowy kraju, opowieść zdecydowanie nie należy do radosnych. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że pierwsze powojenne lata były epizodem w polskiej fonografii, który dziś śmiało można określić okresem widmo.

Wyobraźmy sobie Polskę zaraz po zakończeniu okupacji. Choć większość miast zamieniła się w gruzowiska, to ulice ponownie zaczęły tętnić życiem. Społeczeństwo odetchnęło z ulgą, że koszmar wojny może już odejść w zapomnienie. I robiono wszystko, aby stało się to jak najszybciej. Dlatego mimo ruin i ogromnego braku mieszkań, w powojennej Warszawie niemal od razu zaczęły otwierać się kawiarnie i dancingi. Muzyka pojawiała się wszędzie. Choć nie milkły echa pieśni wojennych i patriotycznych, najchętniej powracano do szlagierów lat 30. – jazzu, a także melodii amerykańskich big-bandów. Wydaje się, że wojna nie wpłynęła znacząco na trendy muzyczne obowiązujące w Polsce. Była jedynie 6-letnia „pauzą”, a po zakończeniu walk kompozytorzy i wykonawcy kontynuowali twórczość w tym samym duchu co przed 1939 rokiem.

Podobne zamiary mieli ludzie odpowiedzialni za funkcjonowanie ówczesnego rynku muzycznego. Dla nich naturalną koleją rzeczy było przywrócenie sytuacji sprzed wojny. A warto wspomnieć, że oprócz słynnej polskiej Syreny Record, działały wtedy w kraju także filie największych światowych wytwórni: m.in. Columbii, Odeonu czy Parlophone. Nikt nie miał jednak wątpliwości, że wznowienie produkcji przez zagraniczne firmy było już w Polsce niemożliwe. Dlatego przedsiębiorcy musieli zacząć liczyć tylko na siebie.

Pierwszym bohaterem tej opowieści będzie Mieczysław Wejman – jedna z najważniejszych postaci polskiej fonografii. Jeszcze w czasie wojny nielegalnie tłoczył płyty na starych, ukrywanych matrycach Syreny, a w 1945 przeniósł ocalony sprzęt do Poznania, gdzie otworzył pierwszą w Polsce prywatną wytwórnię płytową Mewa, działającą przy ul. Kościelnej 17. Przedsiębiorstwo działało bardzo dynamicznie, lansując przebój za przebojem. Wejman dał się poznać również jako łowca talentów – odkrył m.in. Tadeusza Millera. Utwór „Kwiat Paproci” w jego wykonaniu, wydany na płycie Mewy w 1947 roku sprzedał się w jak na owe czasy rekordowym nakładzie 15 tysięcy egzemplarzy! Kolejną gwiazdą nagrywającą w poznańskiej wytwórni była Marta Mirska. Płyty wydawane przez Wejmana miały dwie wersje labela – jeden z Mewą, a drugi z napisem „Melodje”. Ceniono je za wysoką jakość dźwięku.

Ciekawa strona związana z tematem:

http://staremelodie.pl/