Krakowskie Zaduszki Jazzowe

Krakowskie Zaduszki Jazzowe
Najstarszy z wszystkich festiwali

   

Sześćdziesiąt lat temu, w listopadzie 1954 roku, w szkole podstawowej przy ul. Królowej Jadwigi w Krakowie rozpoczęły się pierwsze Zaduszki Jazzowe. Tym samym narodził się (jeszcze wtedy o tym nie wiedząc) najstarszy polski festiwal jazzowy, równolatek festiwalu w Newport. Wydarzenie to kończy też „katakumbowy” okresu polskiego jazzu.

Po zakończeniu wojny w 1945 roku zaczęło się odradzać zwyczajne życie w Polsce. Ludzie odbudowywali się po katakliźmie i oczywiście bawili się. Odradzał się więc także jazz. Lata 40-te to przecież złota era swingu. Muzycy, którzy ocaleli z wojennej zawieruchy i nie wybrali emigracji, wracali do grania: Bovery, Karasiński, Skowroński, Górkiewicz, Turewicz, bracia Łopatowscy, … Pojawiali się też nowi, dopiero zaczynający. W 1945 roku reaktywuje się zakazana przez hitlerowców Polska YMCA, przy której powstają jazz- cluby i zespoły jazzowe. Jednak w miarę jak opada wojenny kurz nowa władza wprowadza „orwellowski” model państwa, starając się nie zostawić żadnego przejawu życia poza kontrolą. Zajęto się więc nie tylko administracją, gospodarką, szkolnictwem, mediami, ale także kulturą i rozrywką. Nie tylko treścią książek, piosenek czy sztuk plastycznych (byłaby to zwykła cenzura treści dzieł), ale także formą! W 1948 roku Walne Zgromadzenie Kompozytorów Polskich (na wzór wcześniejszego zjazdu sowieckich kompozytorów) uznało jazz za muzykę “formalistyczną”, dając mu tym samym “zółtą kartkę”. W następnym roku, w Łagowie, Zjazd Kompozytorów i Muzykologów dał mu “czerwoną” piętnując go jako twór obcy ideologicznie i oparty na wrogich wzorcach. I okazało się że można grać na trąbce antypaństwowo i imperialistycznie. W tym samym 1949 roku zakazano działalności Polskiej YMCA – uznając ją za narzędzie burżuazyjno – faszystowskiego wychowania popieranego przez zagranicznych mocodawców i sanacyjne czynniki rządzące. (1) Wspomina Szymon Kobyliński: “W latach czterdziestych… jazz schodził do podziemia. Rok 1948, zjednoczenie partii, to była cezura, gdy zwaliły się nań wszystkie czerwone plagi. Dla amerykańskiej muzyki miało nie być miejsca. W Łodzi na przykład całą jazzową bibliotekę Ymki spalono na stosie, tak jak wcześniej robili to hitlerowcy. Płyty połamano. Tyrmandowi zabroniono wykładów w Ymce, ilustrowanych utworami z płyt, albo muzyką graną przez kolegów na żywo. Waliło na te wykłady pół Warszawy” (2). Rozpoczął się tzw. “okres katakumbowy”. Jazz znalazł się poza oficjalnym życiem muzycznym kraju, na marginesie. Obsmarowywany w oficjalnych mediach, przeniósł się do prywatnych mieszkań, gdzie był grany i słuchany na poły konspiracyjnie, albo był “przemycany” np. na zabawach ze zmienionymi tytułami utworów. Stając się “owocem zakazanym” zyskiwał jednocześnie na popularności, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Nikogo co prawda do łagru za jazz nie zsyłano, ale obawa o pracę, czy groźba wyrzucenia ze szkoły lub akademika, była już realna. Chociaż Mateusz Święcicki wspominał, że dwóch jego kolegów odważyło się organizować przesłuchania płyt pochodzących ze zlikwidowanego amerykańskiego ośrodka kulturalnego. Zapłacili za to wyrokami trzy lata i rok więzienia. (3) Był to jednak chyba przypadek odosobniony.
Nie zwalajmy jednak wszystkiego na komunistów. Wrogość do jazzu to nie jest ich wynalazek. Taki stosunek, nawet wybitnych postaci kultury, czy profesorów szkół muzycznych, nie zawsze wynikał tylko z “socrealistycznego zacietrzewienia”, bądź z serwilizmu wobec władzy (co prawda dość powszechnego). Był też często spowodowany, ukształtowanym jeszcze przed wojną, ich autentycznym postrzeganiem tej muzyki. A raczej zjawiska jakim jest jazz, bo nie o samą muzykę tu chodziło. Chyba bardziej nawet szło o kojarzoną z nim obyczajowość. To w okresie międzywojennym pojawiły się głosy nawołujące do walki z “jazzbandytyzmem” przy pomocy policji i do uworzenia ligi przeciwjazzowej na wzór ligi przeciwgazowej. W latach 20-tych istniał nawet zakaz zatrudniania muzyków jazzowych, anulowany w 1927 roku przez Związek Zawodowy Muzyków Polskich. (4) Nie jest to też zjawisko “dawno przebrzmiałe”. W 1983 roku, po latach Zaduszek w krakowskiej filharmonii, festiwal przygarnęło kino “Kijów”. Jak pisze Jan Przystaś: Przyznam, że wiadomość o pogardliwym odrzuceniu próśb jazzmanów przez kierownictwo krakowskiej Filharmonii – wzburzyła mnie mocno. (…) obiegło Kraków to powiedzonko któregoś z dyrektorów: “Jazz? Żeby to grać, albo tego słuchać, to trzeba się upić!” (5) Wróćmy jednak do początku lat 50-tych. W kraju nie ma już praktycznie partii politycznych (poza jedną), ani niekontrolowanych organizacji społecznych. Nie ma nawet Związku Harcerstwa Polskiego, ani Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Chyba jedynie Kościół zachowuje autonomię, w związku z czym, w 1953 roku, Prymas Stefan Wyszyński trafia na trzy lata do “miejsca odosobnienia”. W takiej rzeczywistości pozycja “źle postrzeganego” artysty (czy w ogóle obywatela) wygląda zupełnie inaczej niż w przedwojennej demokracji. Tam był “podpadnięty” części społeczeństwa, a w stalinowskiej Polsce – całemu wszechwładnemu Państwu. Państwu, które decydowało o wszystkim: o szkole, o pracy, o mieszkaniu, … a nawet o tym czy można to Państwo opuścić. Na szczęście zbliżał się już czas, kiedy władza zacznie troszkę “odkręcać śrubę”. W marcu 1953 roku umiera Stalin, Gałczyński pisze: Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana / Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie / Broczy Wisła jak otwarta rana / Lamentują potoki gruzińskie.

Jacek Borowiec: Na wiosnę 1954 r. wpadliśmy z Witkiem Kujawskim na pomysł, żeby zorganizować ogólnopolskie spotkanie muzyków o jazzowych skłonnościach. Trzeba było tylko zdecydować, jaki wybrać dzień, aby wszyscy mieli czas i mogli przyjechać. Niedziela, święta i dni powszednie – to wszystko dla muzyka dni pracy. Jedynymi dniami wolnymi były w owym czasie Zaduszki i Wszystkich Świętych. (…) Witek rozesłał “wici” do muzyków, ja zaś zająłem się organizacją. Siostra naszego przyjaciela Rafała Woltyńskiego, Kornelia, zwana “Nelly”, zdobyła dla naszej pierwszej imprezy salę w szkole podstawowej przy ul. Królowej Jadwigi, gdzie wówczas pracowała. Biletów wstępu nie było, płacił kto chciał. Okazało się, że wszyscy chcieli, i to po 100 zł, dzięki czemu bufet był obficie zaopatrzony i bezpłatny.(6). Marian Fester: To spotkanie w szkole podstawowej zorganizowano pod pretekstem imprezy, która miała przynieść dochód przeznaczony na Komitet Rodzicielski. (7)

Przybyło ok 300 osób – głównie muzyków, ale też nie grających fanów jazzu. Fragment wspomnień Jacka Borowca: Oczom przybysza ukazywało się całkowicie zadymione od papierosów wnętrze, w którym przy niziutkich stolikach i na ławeczkach dla pierwszoklasistów rozsiedli się jazzmani. Wzięło udział mnóstwo ludzi, byli tam wszyscy bywalcy spotkań u Kujawskiego – Zygmunt “Milton” Hammer i Janusz Mysiński, Zbigniew Stępień, grający na skrzypcach “pod Grappellego”, Jerzy Borowiec, wiceprezes byłego Jazz Clubu YMCA, Jerzy “Kędzior” Nowak, “Duduś” Matuszkiewicz, Krzysztof Trzciński, Andrzej Kurylewicz, Witek Sobociński, Stanisław “Drążek” Kalwiński, a z Warszawy m.in. Józef Kunicki, Witold Świerczewski i Gwidon Widelski (6). Imprezę otworzył Leopold Tyrmand, grając “Swanee River”, który to temat rozpoczął później warszawskie Jam Session nr 1 i stał się “hejnałem” Jazz Jamboree. Wspomina Jerzy “Duduś” Matuszkiewicz: Stojący za nim Melomani podchwycili melodię. I tak rozpoczęły się pierwsze Zaduszki. (…) Na początek zagraliśmy parę utworów, a potem to już się zaczęło wielkie jam session. Pierwszy wieczór, który tak naprawdę skończył sie nad ranem, miał swój porywający, żartobliwy finał: Andrzej Trzaskowski i Krzysztof Trzciński – Komeda zasiedli przy fortepianie i razem zagrali Jazz baba riba. Sala wpadła w euforię! A następnego dnia wszystko zaczęło się od początku. Bardzo udzielał się zespół Wicharego ze Śląska. Potworzyły się nowe formacje. Wszyscy grali ze wszystkimi. Muzycy poznali się i podobierali. Wszyscy cieszyli się, że to spotkanie doszło do skutku. I nie było żadnych represji. Milicja nie przyszła, nikogo nie aresztowano. (…) To po Zaduszkach zaczęły powstawać inne zespoły: Kurylewicza w Krakowie, Trzcińskiego w Poznaniu (…) środowisko jazzowe dopiero wtedy się poznało i zintegrowało.(8) Nastrój był kapitalny. Grali Kuryl, Wojciechowski, Sobociński, Henio Serafin, dziś doktor medycyny. Krzysztof Trzciński, improwizując na temat “How High The Moon”, nie mógł “zejść z fonii”, grał chyba 8 minut, na owe czasy niesłychanie długo. Wszyscy muzykowali z ogromnym zapałem i radością. Zaduszki miały trwać dwa dni, ale zostały przedłużone o jeden dzień.(6)

“Była tam książka pamiątkowa, do której się wpisywaliśmy – dodaje Jerzy Skarżyński.-Pamiętam, że zrobiłem tam jakiś rysunek. Był to pomysł odważny i ryzykowny. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że książka zniknęła. Chłopcy dowiedzieli się, że znalazła się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Było to niepokojące, jednak nie miało żadnych konsekwencji. Może nie był to już ten czas, albo nie było tam fachowców od jazzu ?” (7)
Potem już „poszło”: Jam Session nr 1 w W-wie, występy na Międzynarodowym Festiwalu Młodzieży, Turniej Jazzu, następne Zaduszki, … chociaż jak wspomina Witold Afelt: Drugie “Zaduszki” w 1955 r. odbyły się w Zabrzu. Zorganizował je J. Kwaśnicki w sposób mocno zakamuflowany, zgłaszając po prostu oficjalnie imprezę o innym charakterze.W trakcie imprezy na salę weszły t.zw. czynniki i po zorientowaniu się, co się tu dzieje i co się gra – występy o mało co nie zostały przerwane. Jakich argumentów użył Kwaśnicki, aby rzecz doprowadzić do końca – nie wiem, w każdym razie miał z tego tytułu później olbrzymie osobiste przykrości. Dopiero trzecie “Zaduszki” w 1956 r. (…) nie miały cech “rzeczy zakazanej.”(9)

Obecnie Zaduszki Jazzowe organizowane są w całej Polsce oraz w większych skupiskach Polonii. Nie są to oczywiście imprezy organizowane w ramach tego samego jednego festiwalu, chociaż większość używa tej samej nazwy: Zaduszki Jazzowe. Co roku odbywają się także w miejscu swych narodzin – w Krakowie.

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •